Blog > Komentarze do wpisu
You are being watched

Stary żart mówi, że mieszane uczucia ma się wtedy, gdy teściowa wpadnie w przepaść, prowadząc Twoje nowe auto. W moim wydaniu, uczucia takie mają miejsce wówczas, gdy trafię na świetny serial, istną perełkę... miesiąc przed jego definitywnym końcem. 

O Person of Interest słyszałam już jakiś czas temu, widziałam nawet pewne sceny, ale coś nie pyknęło w neuronach, skoro w produkcji J.J. Abramsa zakochałam się dopiero trzy lata później (Error 404). Cóż, lepiej późno niż wcale, prawda? Na swoją obronę mogę dodać, że był to czas The Good Wife, Mad Men, The Killling, Orphan Black, American Horror Story, Girls oraz krótki romans z Parks and Recration, Family Guy i Modern Family. Po prostu zabrakło mi czasu, czasem trzeba się jednak trochę pouczyć, nawet na studiach.

Poza tym, do pewnych rzeczy należy dorosnąć. Na przykład - do świetnie zagranego, fantastycznie napisanego serialu, który niejako wyprzedził swoją epokę; to, co w 2011 r. wydawało się science-fiction, pięć lat później, po WikiLeaks, jest chlebem powszednim. W intro każdego odcinka Harold Finch wypowiada, jak mantrę, zdanie, które jednocześnie przeraża i fascynuje: You are being watched. Jesteś obserwowany. Codziennie, w każdej chwili. Oczywiście, dla swojego dobra, przecież rząd chroni nas przed terroryzmem. Czyż sami nie prosiliśmy o takie bezpieczeństwo?

Pewnie, nikt się nas nie pytał. Należałoby raczej odwołać się tutaj do koncepcji umowy społecznej - i tak zapewne trzeba postąpić, bo Person of Interest jest napisany naprawdę inteligentnie. Rzadko się zdarza, żeby w dramat, gdzie kule latają na prawo i lewo, wpleść dawkę humoru tak umiejętnie, że nie można wyobrazić sobie, by produkcja mogła wyglądać inaczej. Lepiej. Nie, tu wszystko jest na swoim miejscu.

Nad fabułą rozwodzić się nie będę - kto chce, ten obejrzy (co silnie rekomenduję). Chwilę uwagi należy natomiast poświęcić żeńskiej postaci, która skradła moje serce. Samantha ''Root'' Groves - genialny haker, były płatny zabójca, psychopata; przynajmniej na początku, bo Root w ciągu pięciu sezonów zalicza jedną z najbardziej epickich ewolucji, jaką widziałam w TV, a widziałam ich już sporo.

Nie jest to podróż w stylu ,,od zera do bohatera'', bo już w chwili, kiedy ją poznajemy, Root jest kobietą, którą chciałabym być chociaż pięć minut przed śmiercią (no, może z wyłączeniem tych wszystkich zabójstw). Siła, opanowanie, kreatywność, niedorzecznie rozwinięte umiejętności społeczne, piekielna inteligencja i dążenie po swoje - nie tyle po trupach, co konsekwentnie, bez zbędnej pruderii, całkowicie ignorując opinię innych osób (tzw. postawa zero fucks given). 

Root pokonuje ścieżkę, która sprawia, że z głównego antagonisty, staję się protagonistą (i ulubieńcem fanów, co jest zasługą fenomenalnej Amy Acker). Kobieta, która na początku traktuje ludzi jako bad code, niezdolna wykrzesać cienia uczuć wobec innych (co innego w przypadku sztucznej inteligencji, będącej jedną z głównych ,,bohaterek'' serialu), zmienia swoją postawę o 180 stopni. Między innymi za sprawą miłości - uwaga, homofobi: z kobietą! - i muszę przyznać, że jest to chyba pierwsza taka ewolucja, którą obejrzałam z zadowoleniem, miast z bólem zębów.

Bohaterów mamy jednak w Person of Interest więcej, a Root, przynajmniej początkowo, nie należy nawet do tych pierwszoplanowych. Osią produkcji (znów - przynajmniej początkowo) jest relacja Finch - Reese, czyli genialny milioner, twórca Maszyny i były agent CIA. Brzmi sztampowo, dlatego więcej już na ten temat pisać nie będę; jeszcze zniechęcę kogoś do obejrzenia serialu, a byłaby to wielka przewina, bo na ekranie wszystko działa fantastycznie. 

Dlaczego więc Root, skoro uwielbiać da się każdą postać? Bo tak. Bo w TV nadal nie ma zbyt wielu kobiecych ról, wyłamujących się ze schematu matka-żona-kochanka- i nic więcej, a kobiecych antybohaterek czy też postaci poruszających się w moralnej szarej strefie jest jeszcze mniej; do głowy przychodzi mi tylko Piper Chapman i Jessica Jones (najwyraźniej Netlflix wprowadza nowy standard).

Jakby tego było mało, obok Root mamy jeszcze Sameen Shaw, kolejną fenomenalnie napisaną (i zagraną - Sarah Shahi!) kobiecą postać. Relacja na linii Root - Shaw kilka razy doprowadziła (nieomal) do eksplozji mojej biednej głowy. Shaw, był agent ISA, dla odmiany - socjopata, wyrzucona ze szkoły medycznej, mimo zachwycających wyników, za brak empatii (co nie dziwi, w końcu sama zdiagnozowała u siebie zaburzenie, Axis II Personality Disorder). Jej sarkazm i powściągliwość w połączeniu z bezwstydną skłonnością Root do flirtowania w najmniej odpowiednim momencie, daje nam w efekcie jedną z najbardziej wciągających relacji. Co za powiew świeżości.

Czy serial ma wady? Oczywiście. Najwięcej zastrzeżeń mam do piątego, finalnego sezonu, którzy liczył tylko trzynaście epizodów, przez co, wydaje się, scenarzyści nie doprowadzili do końca wszystkich wątków tak, jak chcieli. Osobiście nie podoba mi się także zakończenie (a właściwie - dziesiąty odcinek; winię za to Nolana), ale nie da się wyrzucić żalu bez spojlerowania, więc sobie odpuszczę.

Czasem ma się też wrażenie infantylności - kto, do cholery, prowadzi dialog w samym środku strzelaniny, i kto strzela, trzymając broń tuż przy uchu partnera? Jak to możliwe, że bohaterowie, nawet po torturach, wyglądają lepiej niż ja będę wyglądać kiedykolwiek? Ale są to drobnostki, obecne zresztą w każdej produkcji. W końcu kto chciałby oglądać protagonistę z pryszczem, który odwołuje misję z powodu zatrucia pokarmowego? To mamy na co dzień.

Jako ciekawostkę, która mnie osobiście fascynuje, dodam tylko, że w zamyśle producentów relacja Shaw i Root nigdy nie miała wyjść poza ramy operacyjnej współpracy, względnie - przyjaźni. Chemia pomiędzy Acker i Shahi była jednak niezaprzeczalna, a takiego potencjału  zmarnować nie można. Obie aktorki niejako ,,ręcznie'' sterowały rozwojem sytuacji i w dodatku nieustannie podkreślały swoje wsparcie dla LBGT - Acker jest zresztą największą fanką Shoot - co niezmiennie budzi wielki respekt. W końcu obie panie są już dawno po słowie i z dziećmi. Coś nie do pomyślenia w Polsce.

Ten wątek nie jest jednak głównym tematem Person of Interest; zresztą, obejrzałabym serial nawet bez niego - jest po prostu tak dobry. Trochę mnie zatkało, kiedy uświadomiłam sobie, że do końca roku muszę zarejestrować u operatora swoją kartę SIM. W finale trzeciego sezonu Root mówi nam, że dziś, w dobie inwigilacji totalnej, jeśli ktoś chce zniknąć, paradoksalnie musi się pojawić - ukryć pod inną osobowością. Tymczasem rząd próbuje mi wmówić, że będę bezpieczna, kiedy oddam pod przymusem swoje dane osobowe, i to w chwili, gdy terroryści nie mają problemów z nabyciem karabinów maszynowych (ale wiadomo - bez kart SIM ISIS upadnie). Może zatrudnimy twórców POI jako ekspertów od bezpieczeństwa? 

PS Jeszcze jedna ciekawostka - Person of Interest można obejrzeć w TVN - w każdy poniedziałek... 40 minut po północy. Brak słów. Nie jest to jednak aż tak duża strata, bo serial emitowany jest z lektorem (bez komentarza) i tylko do trzeciego sezonu. W dodatku - i tu już naprawdę ręce mi opadły - pod tytułem... ,,Wybrani''.

A myślałam, że szczyt idiotyzmu został osiągnięty na FilmWebie, gdzie POI figuruje pod nazwą ,,Impersonalni''. Człowiek uczy się całe życie.

Za Wikipedią: "Person of interest" is a term used by U.S. law enforcement when identifying someone involved in a criminal investigation who has not been arrested or formally accused of a crime. It has no legal meaning, but refers to someone in whom the police are "interested," either because the person is cooperating with the investigation, may have information that would assist the investigation, or possesses certain characteristics that merit further attention.

sobota, 30 lipca 2016, good.night.dzerzi